Daleszyce już od dawna zaczynają serię MTB Cross w województwie świętokrzyskim. Tak było też tym razem.
Jadąc rano można było zauważyć dowolną pogodę: słońce, ale termometr pokazywał 3*. Przed startem padał deszcz ze śniegiem, a jeszcze chwilę później wyszło słońce… trudno było się ubrać. Założyłem krótki dół i koszulkę termiczną + normalną górę – to było za dużo, było mi za ciepło.
Start!!!! Ruszamy asfaltem w stronę Niw, tempo mocne, szybkie, ale tętno względnie odpowiednie. Nie chcę wariować, nie chcę cisnąć na sam przód, aby później mnie nie odcięło. Już po chwili, wpadamy do lasu, tutaj pierwsze górki, kogoś tam wyprzedzam, zjazd – ładnie idzie, jedziemy w niekończącym się pociągu.
Wchodzimy na kolejny podjazd, nagle nie mogę zrozumieć czemu wyprzedza mnie kilka osób. Dziwna sytuacja. Jedziemy w pociągu dalej. Kolejna górka, podobna sytuacja – kilka osób przelatuje obok. Ale co dziwne, na podjazdach ja odchodzę od „mojej” grupy, na zjazdach oni mnie delikatnie dochodzą. Czyli tempo jest ok. Kurde, nie wiem o co chodzi.
Dojeżdżamy do bufetu, przeskakujemy na drugą stronę Wysokówki/asfaltu. Pierwszy fest podjazd. Tutaj uwidacznia się to co przypuszczałem już chwilę wcześniej – tarcza 34t była za duża, powinienem był założyć 32 albo nawet 30t. No nic muszę zejść z roweru i wprowadzić. A to już jest koniec fajnej zabawy, zaczyna się walka o przetrwanie. Kolejno zjazd, podjazd, zjazd… i pojawia się podjazd pod Zamczysko – tutaj też musiałem zejść, ale to było do wjechania, nawet na obecnym przełożeniu, ale przede mną dwóch prowadzi a ja tez jestem zmęczony…. psychika. Zjazd z zamczyska to czysta przyjemność. Wracamy na „właściwą” stronę asfaltu i kolejny podjazd na Widełkach, to wyjeżdżam, to wiem, że dam radę. Tutaj już wiem, że większość górek jest prosta, jest przyjemniejsza. Miejscami odrobina błota, ale to jest dosłownie jakaś kałuża – kiedyś rower po ośkę wpadał, teraz nawet dobrze obręczy nie przykryje.
Na koniec oczywiście łąka, ależ ona działa na psychikę. Chociaż poprzednim razem miałem kompletnie dosyć, to tym razem też dostałem tam solidny mentalny oklep. Najgorsza była ostatnia prosta, już widać metę, już końcówka, ostatnie 300-400m. Nie raz jechałem! Wiatr CENTRALNIE w twarz, wiatr o prędkości 30+, myślałem, że umrę tam. Chociaż wykrzesałem odrobinę watów aby powalczyć z typem obok, a jednak jakby mnie wyprzedził, to by mi było obojętne… Niesamowity łomot.
Na mecie melduję się:
– Open: 85
– M4: 43
Z oficjalnym czasem: 02:55:56



Foto: Patryk Ptak