Mario Puzo twierdził, że to jego najlepsza i najbardziej osobista książka.
Bardzo lubię twórczość Puzo – ma w sobie pewną literacką magię. Choć moją ulubioną pozycją pozostaje Sycylijczyk, to „Śmierć frajerom” uważam za niezwykle ciekawą lekturę, która stawia czytelnika przed trudnymi pytaniami. Zaczynamy zastanawiać się, z którym z bohaterów moglibyśmy się utożsamić, i wtedy autor zaczyna ich… brutalnie eliminować. Śmierć przychodzi nagle i bez ostrzeżenia: zawał, udar, morderstwo czy samobójstwo.
W prozie Puzo uwielbiam ten specyficzny, „włoski” sposób narracji, oparty na czytaniu między wierszami. Uwielbiam te momenty, gdy postać myśli: „Gdy X powiedział, bym nie oczekiwał wiadomości od Y, wiedziałem już, że Y nie żyje – przekroczył linię, zza której nie ma powrotu”.
Książka opowiada o hazardzie, miłości, przyjaźni i lojalności. Wszystko zaczyna się od przypadkowego spotkania czterech osób przy stole do bakarata w kasynie Xanadu. To właśnie tam zawiązuje się akcja, która po zaledwie dwóch miesiącach prowadzi do samobójstwa jednego z bohaterów w dość zagadkowych okolicznościach. To wydarzenie kładzie się cieniem na reszcie historii, zmuszając pozostałych do refleksji nad pytaniem: „dlaczego?”.
W dalszej części śledzimy głównie losy Johna Merlyna. Nie chcę zdradzać szczegółów, żeby nie psuć Wam zabawy z lektury, ale jego przygody wciągają bez reszty. Przez strony powieści przewija się galeria barwnych postaci, które silnie oddziałują na emocje. Ja, na ten przykład, po lekturze nabrałem ogromnej ochoty na wyprawę do Japonii 🙂
To świetna książka, dająca mnóstwo powodów do głębokich refleksji. Szczerze polecam.